Smutno mi , cholernie mi smutno. Tak bardzo wierzyłam że wszystko się ułoży, nie dopuszczałam do siebie tej złej myśli, niestety to już koniec. Wczoraj złapałam mega doła, mąż próbował pocieszyć i jedynie jego ramiona były dla mnie ulgą.
Mój chrzestny odchodzi... jeszcze dwa miesiące temu był na urlopie, było wszystko ok. Niestety rak go pokonał. Jest już tak źle, że jedynie co potrafi to otworzyć oczy, nie mówi bo brak mu sił, nie odbiera telefonu, bo brak mu sił, nie wstaje z łóżka bo brak mu sił. I jedynie co pozostało to morfina którą dostaje od kilku dni. Nie dopuszczałam do siebie tej myśli, wierzyłam że wszystko będzie ok. Ma przecież 50 lat, dopiero 50 lat, jego dzieci mają po 20 kilka a ON odchodzi.
Wcześniej starałam się o tym nie myśleć, bo wiedziałam że jest z niego silny mężczyzna, ale to co usłyszałam wczoraj mnie dobiło. Jest bardzo źle, tak źle jeszcze nie było. Właściwie to każdy wyczekuje tej okropnej wiadomości, cała rodzina wie że to tylko kwestia dni. Każdy dzwonek telefonu zastanawia mnie czy to już. Niby jestem na to przygotowana, ale pogodzić się nie potrafię. I nie wiem co lepsze, czy jego życie które spędza w szpitalu na łóżku i nic nie może zrobić, czy śmierć, która uwolni go od tego cierpienia...
I kto będzie teraz naśladował tak jak ON głos kaczora donalda???
Współczuję. Żadne słowa nie przyniosą pocieszenia.
OdpowiedzUsuńaha, Kobietko, podaj mi swój mail albo nr gg :)
OdpowiedzUsuń