sobota, 15 października 2011

Zachciewajka

Od kilku-kilkunastu dni powróciło z siłą tornada, tajfunu czy czegoś tam jeszcze. I mnie dopadło. A było tyle spokoju, tyle błogiego nie-myślenia. I dup... myśli krążą i błądzą wokół jednego tematu. Nie wiem co mnie dopadło. Znów wróciły WIELKIE myśli o dziecku. O tym że jednak źle bez maleństwa, o tym jak bardzo chciałabym być matką. Kilka razy już to przeszłam, znów się dźwigałam, żeby po kolejnych kilku miesiącach znów powróciło z większą siłą. I tak jest tym razem, tylko dlaczego coraz bardziej to boli? Próbuję mojemu sercu wytłumaczyć, że dwa in vitro, leczenie, starania a nawet totalny luz nie przyniosły efektów przez 7 lat to jak miałoby się to nagle zmienić. Ale co z tego jak serce mi krwawi. Brak mi czegoś, kogoś. Łudzę się że po ilościach i jakościach :) sexu urlopowego może coś zaskoczy, ale co roku się tak łudzę. I dołka łapię i jest mi źle. A gdy patrzę na mojego kochanego siostrzńca to jestem dumna z tego że jestem ciocią i smutna że nie mogę być matką. I ból rozsadza mnie od środka i wszystko we mnie krzyczy. Jak widzę niektóre wpisy że macierzyństwo potrafi także zmienić relacje żona-mąż to nie jestem pewna czy zniosłabym coś takiego. Przyzwyczaiłam się do naszego "samotnego" życia, imprezy kiedy chcemy, wyjazdy spontaniczne o 4 nad ranem na weekend, spacery po nocach, drinkowanie na balkonie i robienie tego na co się ma ochotę. Może ja nie jestem dojrzała do macierzyństwa? Bo żal byłoby mi tamtych chwil takich tylko naszych. A może za wielka ze mnie egoistka? Bo trzeba będzie dzilić czas w trójkę a nie w dwójkę. Ale jak widzę te wszystkie kryzysy które przychodzą w małżeństwach po kilku miesiącach od narodzenia sie szczęścia to się zastanawiam czy tego bym chciała. I nie są to pojedyncze przypadki, ale cały tabun poranionych związków. Ale co ja poradzę jak część mnie chce być mamą? Na urlopie mąż mi powiedział że coraz bardziej myśli o adopcji. Jedyny problem jaki jest to mieszkaniowy i to nas trzyma tylko od tego by zgłosić się na wymagany kurs i składać papiery. Może w 2012 roku... kto wie.
A na razie postanowienie pourlopowe - zadbać o siebie, zrzucić kilka kg (bo przez all inclusive przybyło mi 4!), zrobić wszystko by na wiosnę wyglądać jeszcze bardziej kwitnąco. Jak się zajmę sobą, to nie będę miała czasu myśleć i marudzić o macierzyństwie może...

2 komentarze:

  1. wiesz co, nie wspominasz o tym, ale ja na przykład wiedziałam już od początku, gdy okazało się, że naturalnie nie możemy mieć dzieci, to że jeśli w ciągu dwóch lat próby sztucznego zapłodnienia nie poskutkują, podejdziemy do adopcji. Oboje nie mamy z tym problemu. I uważam, że nie ma co się napinać, każde dziecko, choćby adoptowane, zasługuje na uśmiech losu w postaci rodziców obdarzających je miłością i troską. A przecież ono będzie jak Wasze własne, co z tego, że urodzone przez kogoś innego? No, ale rozumiem, że każdy ma inne podejście do tematu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Problemu z adopcją nie mam, bo zawsze chcieliśmy adoptować, nawet mając swoje dzieci poczęte naturalnie. Teraz pozostaje nam tylko poczekać na uregulowanie warunków mieszkaniowych i pójście załatwiać wszystkie formalności, które wiadomo trwają trochę.

    OdpowiedzUsuń