piątek, 4 listopada 2011

I nastał piątek...

... jakoś dziwnie szybko. Wtorek wzięłam za niedzielę, środę za poniedziałek i już się weekendowo zrobiło ;) uwielbiam piątki, aerobic, czas dla siebie, kawowy piling, masaż i lampka wina.
Mam za sobą babski wieczór z niewybaczalną (!) jak dla mojej głowy ilością wina domowego. Ale odreagowałam, uśmiałam się jak nigdy i nawet spłakałam. Ale było cudnie :)
Weekend zapowiada się ciepło i sympatycznie, może zakończenie sezonu rowerowego sobie zrobimy? Pierwszy od dawien dawna weekend bez imprez, więc zajmiemy się sobą (odpowiednio!). Bo już zapomniałam jak to jest posiedzieć w domu z kubkiem kakao, przy fajnej muzyce i pogadać z mężem o pierdołach :)Tak, tego mi trzeba :)

1 komentarz:

  1. Ja siedzenia w domu w sobotnie wieczory mam dosyć,ale niestety nie mam nikogo z kim mogłabym jakoś inaczej spędzić ten czas.Za bardzo się zaabsorbowałam swoim byłym i zapomniałam o reszcie świata a teraz zostałam sama ...

    OdpowiedzUsuń