czwartek, 17 listopada 2011

Na szybko

- dziadek mój ukochany miał udar mózgu
- załamało mnie to
- ale jest jeden mały pozytyw tego wszystkiego, o którym napiszę jak uda się to dopiąć do końca
- złapałam doła w związku z macierzyństwem
- dół minął, a był spowodowany filmem Listy do M. który bardzo bardzo polecam
- ukochany zus się coś na mnie obraził chyba i dziwne pisma mi wysyła, więc jestem tam ostatnio częstym gościem, co lekko powiem mnie wkurza (bo jest to sporo straconego czasu - a czas to pieniądz)
- zapisałam się na maraton zumby i fitnessu na sobotę
- okres świąteczny w firmie i zamówieniach się rozpoczął, więc nie mam czasu na pisanie tutaj
- ćwiczenia, wstawanie o 4 rano mi wychodzi więc jest dobrze w tym kierunku
- wszyscy wkoło prychają, więc łykamy ze ślubnym tran, ćwiczymy, zdrowo jemy i chyba pomaga bo zdrowi jesteśmy
- zbliża się okres bo już brzuch pobolewa
- imprezujemy na andrzejkach w fajnej restauracji, menu wygląda bosko, dj znany, więc powinno być super i mam nadzieję że zapomnę o pewnych problemach na imprezie
- pewnie na razie będę rzadziej pisała bo do grudnia będzie jak co roku młyn

piątek, 4 listopada 2011

I nastał piątek...

... jakoś dziwnie szybko. Wtorek wzięłam za niedzielę, środę za poniedziałek i już się weekendowo zrobiło ;) uwielbiam piątki, aerobic, czas dla siebie, kawowy piling, masaż i lampka wina.
Mam za sobą babski wieczór z niewybaczalną (!) jak dla mojej głowy ilością wina domowego. Ale odreagowałam, uśmiałam się jak nigdy i nawet spłakałam. Ale było cudnie :)
Weekend zapowiada się ciepło i sympatycznie, może zakończenie sezonu rowerowego sobie zrobimy? Pierwszy od dawien dawna weekend bez imprez, więc zajmiemy się sobą (odpowiednio!). Bo już zapomniałam jak to jest posiedzieć w domu z kubkiem kakao, przy fajnej muzyce i pogadać z mężem o pierdołach :)Tak, tego mi trzeba :)

środa, 2 listopada 2011

Listopadowo

I nastał listopad - zawsze ten miesiąc kojarzy mi się z pluchą, zimnem, wiatrem, i siedzeniem z książką pod kocem na bujaku. O tak lubię zdecydowanie tylko to ostatnie. Co prawda nie ma na razie pluchy pfu, pfu, pfu, ale pewnie kiedyś nadejdzie brrrr...
Co drugi dzień biegamy i ćwiczymy, do tego chodzę namiętnie na aerobic i widzę już różnicę - nie padam jak kawka po 10 minutach rozrzewki. Więc jest dobrze. Słodycze ograniczyłam i to bardzo. Czuję się lżejsza, sprężysta i w ogóle super.
Dziś istne szaleństwo - wstaliśmy o 5.00 ale poszliśmy wcześnie spać, by weekendowe imprezowanie w końcu odespać.
Dziś wielki dzień, jedziemy po sporą maszynę dla chłopaków na warsztat. Cieszę się bo to pierwszy aż tak poważny zakup firmowy (nie licząc auta). Podjęłam się zrobienia chłopakom rewolucji warsztatowej, co prawda z ich pomocą zaplanowana, bo ja jednak grzeję dupsko w biurze, a oni zasuwają na warsztacie, dlatego chciałam poznać ich opinię, by im było wygodniej niż dotychczas, by zmieściła się maszyna i jeszcze pozostało w miarę miejsca na ich potrzeby. Okazało się że wyrysowanie tego w programie było świetnym pomysłem, bo wiemy teraz co i jak. I jestem dumna z takiego obrotu sprawy.
Dziś wieczorem babski wieczór, a jutro oblewamy maszynerię ;) z czego jestem nieziemsko dumna - właściwie będę najbardziej jutro jak już sprzęt będzie ustawiony, podłączony i gotowy do pracy.
Ah ... rozpływam się w zachwytach :)