I nastał listopad - zawsze ten miesiąc kojarzy mi się z pluchą, zimnem, wiatrem, i siedzeniem z książką pod kocem na bujaku. O tak lubię zdecydowanie tylko to ostatnie. Co prawda nie ma na razie pluchy pfu, pfu, pfu, ale pewnie kiedyś nadejdzie brrrr...
Co drugi dzień biegamy i ćwiczymy, do tego chodzę namiętnie na aerobic i widzę już różnicę - nie padam jak kawka po 10 minutach rozrzewki. Więc jest dobrze. Słodycze ograniczyłam i to bardzo. Czuję się lżejsza, sprężysta i w ogóle super.
Dziś istne szaleństwo - wstaliśmy o 5.00 ale poszliśmy wcześnie spać, by weekendowe imprezowanie w końcu odespać.
Dziś wielki dzień, jedziemy po sporą maszynę dla chłopaków na warsztat. Cieszę się bo to pierwszy aż tak poważny zakup firmowy (nie licząc auta). Podjęłam się zrobienia chłopakom rewolucji warsztatowej, co prawda z ich pomocą zaplanowana, bo ja jednak grzeję dupsko w biurze, a oni zasuwają na warsztacie, dlatego chciałam poznać ich opinię, by im było wygodniej niż dotychczas, by zmieściła się maszyna i jeszcze pozostało w miarę miejsca na ich potrzeby. Okazało się że wyrysowanie tego w programie było świetnym pomysłem, bo wiemy teraz co i jak. I jestem dumna z takiego obrotu sprawy.
Dziś wieczorem babski wieczór, a jutro oblewamy maszynerię ;) z czego jestem nieziemsko dumna - właściwie będę najbardziej jutro jak już sprzęt będzie ustawiony, podłączony i gotowy do pracy.
Ah ... rozpływam się w zachwytach :)
Wiesz co...chyba jakaś epidemia,bo trafiam ostatnio na blogi,gdzie są narzekania na prace i tak miło wpaść do Ciebie i przeczytać,że jesteś zadowolona i rozkwitasz zawodowo!Gratuluje i oby tak dalej! A ja też ostatnio coś chetniej chodzę do roboty :)
OdpowiedzUsuń