czwartek, 29 września 2011

Pierwsze myśli

Pojawiły się pierwsze myśli o urlopie, a bardziej związane z tym pytania: na szybko kupione pareo i sandałki (które okazują się już moimi ulubionymi pomimo iż mam je jeden dzień) już czekają na wyjazd. Ciekawe ile jescze rzeczy sobie przypomnę, aby być gotowa na urlop. Ja właściwie to co miałam zrobić zrobiłam, wyrobiłam się. Natomiast druga część firmy nie, jeszcze montaż dziś i jutro. I myślę że już będzie na luzie. Reszta załogi zostaje to sobie poradzą beze mnie i małżona mojego. W razie kataklizmu wiedzą do kogo uderzyć więc jestem spokojna :) dziś wybieram się na ostatnie (mam nadzieję) zakupy kosmetyczne, bo niby wszytkie potrzebne rzeczy miałam a tu się okazuje że jednak trzeba coś dokupić. A że piękna pogoda to wybieram się pieszo, a co tam pospaceruję sobie - przyda się. Mam dziś też w planach peeling kawowy (oh ten zapach mam nadzieję mnie pobudzi bo dziś na nogach od 3.15), a potem balsamowanie. Co prawda dbam o skórę balsamując się dziennie, lub oliwkując ale chcę jej teraz poświęcić więcej uwagi, bo będzie jednak narażona na sporo promieni słonecznych. Kremy z filtrem odpowiednim też kupione czekają w kosmetyczce.

A jutro dzień chłopaka - hmm nigdy nie wiem jak traktować to święto - ale skoro każda okazja jest dobra do świętowania, to prezencik kupiłam i luby go jutro dostanie. A się zdziwi :) mam nadzieję. Tata też mam nadzieję się zadziwi bo ma jutro urodziny i do prezentu zamiast kwiatów chcę mu zrobić bukiet z maszynek do golenia :) będzie ubaw, zwłaszcza że robię coś takiego po raz pierwszy ;)

Ależ piękne słońce u mnie...

wtorek, 27 września 2011

Juhu...

Juhu dostałam @

Juhu nie będzie go na urlopie

Juhu jestem szczęśliwa

Juhu teraz się zabieram za pracę

Juhu będzie super dzień - czego i wam życzę

poniedziałek, 26 września 2011

Ja wam pokażę...

Wczoraj się we mnie zagotowało. Nie po raz pierwszy przez tą osobę. Mam koleżankę, bardzo dobrą kiedyś koleżankę, znamy się jakieś 12 lat. Razem przez kilka lat pracowałyśmy, tworzyłyśmy pewien projekt który wyrósł hohoho na bardzo solidną firmę przynoszącą niezłe zyski. Ja odeszłam po jakimś czasie, ona została. Wzięła ślub z właścicielem tego przedsięwzięcia. Ona szara myszka, biedna weszła (nie bez problemów!) do jego rodziny. I teraz udaje księżną. Podjechałam wczoraj do ich hurtowni bo musiałam odebrać towar. Jesteśmy jedną z kilku większych firm odbierających tam towary. Nigdy nie było z nami problemów z płatnościami. Ogólna sielanka. I była tam ona, właściwie okazało się że ona pracuje sobie co kilka dni po kilka godzin, bo tak jej dobrze. I że przyjechała sprawdzić co robią po południem pracownicy. Ale zaczęła mnie traktować jakbym tam pracowała i była co najmniej pod nią. Instruowała byśmy sobie pilnowali płatności. Mówię że pilnuję i przez to nie ma żadnych problemów i pytam czy coś jest nie tak. Na to ona że nie wie bo ona się płatnościami nie zajmuje. Nosz to po co się odzywasz i zaczynasz temat?
I pyta że słyszała że ostatni tydzień w pracy a potem urlop? Pewnie jak zawsze w Polsce?
Na to ja z satysfakcją: nie tym razem tylko Riwiera Turecka. Myślałam że wszyscy tam będący słyszeli jak spadała jej kopara, jak szczęka roztrzaskiwała się na tej pięknie wypłytkowanej podłodze.
I na to ona po kilkunastu sekundach z miną niedowierzania: wy lecicie do Turcji?
Na co ja jej: a co zapracowaliśmy to lecimy.
A będziecie mieć pogodę?
Ja jej mówię: że gdyby nie było pogody to bym nie leciała.
A to na dwa tygodnie? Mówię, nie na tydzień, bo nie możemy firmy tak zostawić na dwa tygodnie bez nas.
A no to co to tydzień jest, to się ledwo odpocznie.
Nosz kurna, ja odpocznę. Uśmiechnęłam się tylko z politowaniem. Kurcze jeszcze 2 msc temu piłam z nią wino u nas w domu i wygadywała mi się jaka to jest rodzina męża a teraz traktuje mnie tak z góry. Nikt nigdy w naszą firmę nie wierzył, nie raz  z mężem usłyszeliśmy dziwne słowa od znajomych. A teraz każdy się dziwi jakie mamy plany na przyszłość związane z firmą, na jakie wakacje możemy sobie pozwolić. A każdy nasz pomysł lekko wyśmiewał (lekko to pewnie tylko przy nas bo jak znikaliśmy z horyzontu to pewnie niezła gadka szła).
Dla mnie to jest bardzo dobra motywacja. Jestem dumna z tego co mamy i jak do tego doszliśmy. Nie wskakiwałam nikomu do łóżka by dojść do czegoś. Nie weszłam do bogatej rodziny i z automatu zostałam zamożna. Ja na wszystko zapracowałam z mężem sama. Swoimi rękami bez kombinatorstwa. I pewnie dlatego każdy się dziwi jak widzi jak rozrosła się nasza firma.
A co do koleżanki to wiem jedno, żadne wino żadne ploteczki żadne jej żale nie wchodzą w grę. Potraktowała mnie tak po raz kolejny. Nie wiem może przy pracownikach na swoim, chciała im pokazać jaką to ona jest szefową, że niby wszystkiego pilnuje i mnie poucza jak mam swoją firmę pilnować co do płatności i załatwiania pewnych spraw. Szkoda gadać, bo tak naprawdę to wiele rzeczy załatwiam tam z innymi osobami które wiedzą jak się z nami współpracuje.
I niech mi ktoś nie mówi że pieniądze nie obnażają charakteru człowieka. Tutaj zmieniły swojską dziewczynę do tańca i do różańca na wielką paniusię, która tak naprawdę myśli że coś wie, a wie bardzo mało.
Oczywiście humor mi zepsuła na kolejną część dnia. Więc zasiadłam do książki i 3 h czytałam wieczorem, aż się zdziwiłam jak zobaczyłam 22 na zegarku.
I ja jeszcze pokażę na co nas stać, jak nadal będziemy piąć się w górę. A co!

Wygadałam się i mi lepiej :)

niedziela, 25 września 2011

... 8 ...

Oh nic mnie ostatnio tak bardzo pozytywnie nie nastawiło jak pewien blog. Nawet nie wiem jak na niego weszłam, jak go znalazłam (choć nie szukałam). Blog pewnej matki dziecka autystycznego. Nie do końca zdawałam sobie wcześniej sprawę jak życie wygląda takiej rodziny z tak chorym dzieckiem. Czytając tego bloga nie potrafiłam w ogóle go skończyć, czytałam i czytałam i takim sposobem przeleciałam połowę, co zajęło mi jakieś 2 godziny. I im więcej czytałam w tym większym byłam szoku. Niejedna matka załamałaby się mając tak chore dziecko, a Ona po prostu jest szczęśliwa, to nic że czasami nawet mąż płacze z bezradności, to nic, że humor dziecka potrafi się zmieniać co kilka minut, to nic świat ich nie jest poukładany do końca tak jakby chcieli, oni po prostu świetnie dają sobie radę. I tak jak pisze ta mama, to co że nie zawsze jest posprzątane, że czasami zamawiają jedzenie w knajpce, najważniejsze że mają dla siebie czas i spędzają go ze sobą.
Kiedyś nie rozumiałam jak rodzice mogą się cieszyć że mają dziecko chore. Chore nieuleczalnie. Pewnie to było takie moje egoistyczne myślenie, niedojrzałe do macierzyństwa. Od pewnego momentu widzę i czuję że gdyby mnie coś takiego spotkało to też byłabym na swój sposób szczęśliwa. Choć pewnie obawiałabym się o przyszłość - o to jak będzie gdy mnie i męża braknie. Kto się tym dzieckiem zajmie. Ale wiem że dalibyśmy radę.
Ostatnie wydarzenia dały mi do myślenia, śmierć chrzestnego który był mi bardzo bliski to spowodowała. Powiedziałam nawet mężowi że gdybym teraz zaszła w ciążę (co jest raczej nieprawdopodobne - ale podobno nigdy nie mów nigdy) to bardzo bym chciała gdyby to był chłopczyk nadać mu drugie imię po chrzestnym. I choć od kilku lat mamy wybrane imiona dla naszych jakoś nie potrafiących trafić do nas dzieci :) to tu bym się ugięła. Bo wiem że ktoś musi odejść z tego świata, by na świat mógł przyjść ktoś nowy.
Póki co cholernie się cieszyłam że na urlopie będę już po okresie. I chyba nie będę, bo mam 30 dc a tu nawet plamienia przepowiadającego okres nie ma. I znów się wszystko przesunie i na urlopie chyba będzie @ - mam nadzieję że końcówka okresu. Ale piersi już bolą, więc nadchodzi wielkimi krokami.

Miłego tygodnia

czwartek, 22 września 2011

... 12 ...

Jeszcze tylko tyle dni i wymarzony, upragniony, wyczekiwany urlop. Tak poczytałam wczoraj że dziewczyny też wyjeżdżają i nie mają czasu na pakowanie walizki. Sama się sobie dziwię, bo zawsze przed urlopem na miesiąc miałam spis, i wykreślałam co jeszcze załatwić, kupić, dowiedzieć się. A tu pozostało raptem 1,5 tygodnia a ja nie mam nic przygotowane - ja zawsze idealna we wszystkich przygotowaniach. I niby mnie to nie denerwuje, ale myślę o tym coraz częściej. No tak zamiast pisać ten post mogłabym przecież usiąść do jakiejś listy, ale po prostu mi się nie chce. Nie chce mi się o tym myśleć. Wolę poczytać co tam u kogo się dzieje :) i nawet spokojna jestem. Ah będę myślała 3 dni przed. Najważniejsze że paszporty są :) hehe
Od dzisiaj też mam zamiar wyciągnąć zakurzony stepper. A co tam, trzeba się trochę rozruszać, bo aerobic raz w tygodniu to trochę dla mnie za mało, a ćwiczenia super pomagają mi się zrelaksować po ciężkim dniu.
A jutro spotkanko z dawno nie widzianymi znajomymi, jedni przywiozą zdjęcia z dominikany, drudzy z turcji, więc będzie wesoło, zwłaszcza przy zupie dyniowej i drinkach :)

... 12 ...

wtorek, 20 września 2011

Krótko

Krótko i na temat, bo czasu brak. Myślę o NIM codziennie. Swoje wypłakałam, choć obiecałam sobie że na pogrzebie będę się trzymać, będę silna, nie wytrzymałam...
W firmie sporo się dzieje, za dwa tygodnie urlop, zaklepany, zapłacony, Turcja czeka. Patrząc na dzisiejszą pogodę słońce dobrze nam zrobi :)
Dziś śniła mi się wróżka, zaczepiła mnie na mieście i powiedziała że w styczniu 2013 roku urodzę dziecko - coś kojarzę że chyba nawet dziewczynkę. Hmmm sny nigdy mi się nie sprawdzają. Choć ten brzmi uroczo :) na razie nie myślę o tym. Jestem zdania że po tylu latach, po tylu nieudanych próbach, u nas nic z macierzyństwa nie będzie. I w sny też nie wierzę. Nawet jeśli pojawiają się w nich wróżki.
Teraz widzę że wszystko jest po coś. Gdybym miała dziecko nie byłabym teraz tu gdzie jestem. Nie byłoby firmy takiej jak ta, nie byłabym taka pewna siebie. Zawsze powtarzam NIEPOWODZENIE TRZYMA TEŻ PREZENT W RĘKU i wiem że to się sprawdza. Niepowodzenie w macierzyństwie=powodzenie w firmie. I tak to sobie tłumaczę.
A wracając do urlopu który był zaplanowany w tamtym tygodniu - tak musiało być że nie wypalił. Gdyby wypalił na pogrzebie by nas nie było, bo pewnie w Grecji, Turcji czy gdzieś daleko byśmy wypoczywali. Więc przesunięcie urlopu było nam po prostu pisane, i wiem że data która jest teraz zaplanowana jest idealna.

Jeszcze tylko 14 dni... :)

poniedziałek, 12 września 2011

Pożegnanie

Jutro ostatnie pożegnanie. Nie ma chyba minuty żebym nie myślała o wujku. Wczoraj można było pożegnać się z NIM przy otwartej trumnie. Wczoraj była niedziela i cała rodzina mogła się zjechać, jutro już nie będą otwierać trumny. I mój dylemat: jechać go pożegnać czy nie? Z jednej strony chciałam GO zapamiętać jako zdrowego uśmiechniętego zawsze eleganckiego 50 latka, z drugiej strony chciałam GO pożegnać, ale obawiałam się jego widoku. Mąż powiedział że się dostosuje do mojego zdania. I zadecydowałam że nie pójdę. Wolę pamiętać JEGO uśmiechniętą twarz, JEGO radosne spojrzenie. Wczoraj siedziałam na balkonie i wyczekiwałam na samolot który zawsze o danej godzinie przelatuje nad naszym domem. I doczekałam się, stwierdziłam że w tym samolocie siedzi WUJEK i leci do nieba. W myślach powiedziałam wszystko to co chciałabym MU powiedzieć gdybym mogła z nim jeszcze raz porozmawiać. A że samolot widzę właściwie przez jakieś 7-10 minut, bo prawie od startu do mometu aż zniknie daleko daleko to miałam sporo czasu. Łzy leciały ciurkiem, ale stwierdziłam że to takie moje ostatnie pożegnanie, sama je wybrałam. Samolot znikł, łzy na policzku zostały, pamięć i ból też. Po 3 minutach co mnie bardzo zaskoczyło patrzę a tu kolejny samolot i nagle poczułam jakiś taki spokój, taki spokój że to znak od NIEGO że wie że o nim myślę. Zaśmiałam się i pomyślałam że wie że o NIM myślę, że wspominam go ciepło i że będzie mi GO brakowało. I że jakoś muszę funkcjonować i żyć dalej. I teraz gdy tylko słyszę jakiś samolot to uśmiecham się w głębi i widzę GO uśmiechniętego - ale już bez moich łez na policzku. I niech tak zostanie.
Jutro trudny dzień - pogrzeb... ja już pożegnałam WUJKA który był moim ulubieńcem, moim chrzestnym, moim świadkiem na ślubie. Idę tam spokojnie wiedząc że mam JEGO pozytywny obraz w sercu i uśmiechniętą twarz przed oczami. Bardzo chciałam by udało się załatwić aby JEGO grób mógł być tu w mieści blisko i udało się, będę miała spacerkiem kilka minut. Będę mogła często tam bywać. Z czego się cieszę.
I mimo iż tego nigdy nie mówiłam gdy żyłeś - tęsknię za TOBĄ bo wiem że nigdy już nie usłyszę tego głosu kaczora donalda z TWOICH ust...
W podziękowaniu jutro przyniosę białą różę - specjalnie dla CIEBIE...

piątek, 9 września 2011

wtorek, 6 września 2011

Czekanie

Smutno mi , cholernie mi smutno. Tak bardzo wierzyłam że wszystko się ułoży, nie dopuszczałam do siebie tej złej myśli, niestety to już koniec. Wczoraj złapałam mega doła, mąż próbował pocieszyć i jedynie jego ramiona były dla mnie ulgą.
Mój chrzestny odchodzi... jeszcze dwa miesiące temu był na urlopie, było wszystko ok. Niestety rak go pokonał. Jest już tak źle, że jedynie co potrafi to otworzyć oczy, nie mówi bo brak mu sił, nie odbiera telefonu, bo brak mu sił, nie wstaje z łóżka bo brak mu sił. I jedynie co pozostało to morfina którą dostaje od kilku dni. Nie dopuszczałam do siebie tej myśli, wierzyłam że wszystko będzie ok. Ma przecież 50 lat, dopiero 50 lat, jego dzieci mają po 20 kilka a ON odchodzi.
Wcześniej starałam się o tym nie myśleć, bo wiedziałam że jest z niego silny mężczyzna, ale to co usłyszałam wczoraj mnie dobiło. Jest bardzo źle, tak źle jeszcze nie było. Właściwie to każdy wyczekuje tej okropnej wiadomości, cała rodzina wie że to tylko kwestia dni. Każdy dzwonek telefonu zastanawia mnie czy to już. Niby jestem na to przygotowana, ale pogodzić się nie potrafię. I nie wiem co lepsze, czy jego życie które spędza w szpitalu na łóżku i nic nie może zrobić, czy śmierć, która uwolni go od tego cierpienia...
I kto będzie teraz naśladował tak jak ON głos kaczora donalda???

poniedziałek, 5 września 2011

Grunt że jest plan

No tak plan jest, zobaczymy co z niego wyjdzie. Ale powtarzam jak mantrę KAŻDE NIEPOWODZENIE TRZYMA TEŻ PREZENT W RĘKU, więc czekam teraz co mi przyniesie to że urlop przeniesiony na październik. Zobaczymy, raczej nie liczę na wygranie jakiejś wypasionej wycieczki, bo w żadnym konkursie udziału nie brałam. Chyba że się komuś zechce z nudów jakiś zamach przeprowadzić, o tak wtedy będę wiedziała dlaczego moje Universum nade mną czuwa i mnie nie puściło na urlop w pięknym miesiącu wrześniu.
Plan jest taki że urlop mamy początek października, najlepiej by było i tak sobie zamawiam w myślach wybrać się gdzieś ok. 29-30 IX bo wracając mamy jeszcze kilka dni na odsapnięcie i wskok w rzeczywistość. Plan też jest taki że czekamy;  czekamy na jakiegoś lasta taniego wypasionego i gorącego do 27 września, jak nic nie znajdziemy to wtedy zacznę się martwić. Ale wiem że znajdziemy, przecież wszystko czuwa nad nami tak, by było jak najlepiej dla nas - tak sobie wmawiam i z tym mi dobrze. Więc odliczam...
... 26 dni...